Aktualności

Wojciech Robaszek: Granie w piłkę i bycie zawodnikiem ŁKS-u nie ma sensu bez kibiców

Dzisiejszy mecz kosztował was dużo sił, ale wynik jest chyba dość satysfakcjonujący, jeśli weźmie się pod uwagę okoliczności. Zgadza się pan?

Wojciech Robaszek: Tak, ale nie zapominajmy, że przygotowując się do tego meczu cały czas myśleliśmy o zgarnięciu kompletu punktów. Przyjechaliśmy tu po pełną pulę i moim zdaniem mogliśmy to osiągnąć, pomimo wielu przeciwności. Pierwsza połowa była z sytuacjami i z dobrą grą, ale niestety też ze stratą bardzo wartościowego zawodnika. Przemek Kocot jest niezwykle przydatny w poczynaniach ofensywnych. Jego wymuszone zejście miało wpływ na dalszy przebieg meczu. Musieliśmy w inny sposób rozwiązywać sytuacje boiskowe w środkowej strefie. Kolejna rzecz, która miała kolosalny wpływ na przebieg meczu, to druga żółta kartka Pawła Pyciaka. Musieliśmy grać w dziesięciu, a ja zdecydowałem się przesunąć Olka Ślęzaka ze środka obrony na bok, żeby zabezpieczyć powstałą „dziurę”. Wpuściłem też na boisko Maksa Rozwandowicza. I muszę powiedzieć, że w tym niesamowicie trudnym momencie moja drużyna grała bardzo dobrze. Widzieliśmy, że Widzew się napędza, próbuje nas zranić, ale broniliśmy się skutecznie. Na tyle skutecznie, że nie daliśmy się, wytrzymaliśmy ten napór i przywozimy do domu cenny punkt z meczu wyjazdowego.

Pierwsza połowa była z sytuacjami i z dobrą grą, ale niestety też ze stratą bardzo wartościowego zawodnika.

Analizując przebieg meczu trzeba powiedzieć, że w pierwszej połowie dobrze wychodziła wam gra piłką, ale od początku drugiej oddaliście inicjatywę. Wkradł się chaos w wasze poczynania?

W.R.: Mieliśmy około piętnastu, może dwudziestu słabszych minut, podczas których dominował i prowadził grę Widzew, to fakt. Ale czekaliśmy też na pewne sytuacje, chcieliśmy pewne rzeczy sprowokować. Nie powiem dużo więcej, ale zwróćcie uwagę – po tym okresie dominacji Widzewa bez większego kłopotu robimy akcję, mamy dośrodkowanie, główkę „Żeni” i o mały włos pada gol dający nam prowadzenie.

Nie uważa pan, że za mało graliście bocznymi sektorami? Tak często zdobywaliście bramki w innych meczach, a dzisiaj tych oskrzydlających akcji zabrakło. Rzadko też do przodu wychodzi Rozmus.

W.R.: To wynikało z wybranej taktyki. Chcieliśmy zaczekać na przeciwnika, sprowokować go do pewnych działań. Momentami rywale faktycznie mieli grać w piłkę, ale nie po swojemu, tylko tak jak my chcemy, jak nam będzie wygodniej. Nie wszystkie założenia udało się zrealizować, ale były obszerne fragmenty, z których jestem zadowolony. Zaznaczam, że dzisiaj nasze ustawienie było przygotowane bardzo mocno pod przeciwnika i wiele rzeczy trzeba rozpatrywać jako konsekwencję wybranej taktyki.

Chcieliśmy zaczekać na przeciwnika, sprowokować go do pewnych działań.

Czy nie ma pan pretensji do Pawła Pyciaka? Zdaje się, że mógł uniknąć tych dwóch żółtych kartek, przez które musiał opuścić boisko…

W.R.: Pierwszą żółta kartkę dostał w dziwnych okolicznościach. Paweł mówił, że sygnalizował piłkę na aucie, ale nie taką styczną do linii, tylko wyraźnie poza boiskiem. Arbiter puścił grę i z tego wzięła się wymiana zdań, po której nasz obrońca został ukarany pierwszą kartką. Co do sytuacji, w której został ukarany drugi raz – teoretycznie wślizg był na miejscu, żeby zażegnać ewentualne zagrożenie, ale zgadzam się, że Paweł powinien lepiej zachować się w tej sytuacji i trochę „wytrzymać”. Szczególnie, że to działo się daleko od naszej bramki i w tej sytuacji mielibyśmy przewagę, nawet gdyby Widzew utrzymał się przy piłce.

Pomimo że sędzia nie ustrzegł się drobnych błędów, to trzeba przyznać, że panował nad sytuacją. To ważne, że mecz derbowy nie został w żaden sposób wypaczony przez złe decyzje arbitra.

W.R.: Jak najbardziej. Dzisiaj trzeba pogratulować sędziemu i asystentom. Dzięki temu, że dobrze wykonywali swoją pracę widowisko było na odpowiednim poziomie.

ŁKS grał dzisiaj bardzo mądrze chyba nie tylko dzięki taktyce, o której wiele pan powiedział, ale też dzięki świetnemu przygotowaniu mentalnemu piłakrzy. Zdaje się, że pomogło to przetrwać zawodnikom najtrudniejsze momenty po kontuzji Kocota i czerwonej kartce Pyciaka.

W.R.: Miałem pewien plan o którym oczywiście nie będę mówił więcej, ale faktycznie pod tym względem też byliśmy przygotowani do dzisiejszego spotkania. W momencie jak się tutaj znaleźliśmy otoczenie zupełnie przestało mieć na nas wpływ. Po prostu przestało się liczyć, zostało tylko boisko i przeciwnicy na nim.

Otoczenie meczu stanowili dzisiaj tylko kibice gospodarzy. Jak ocenia pan decyzję organizatorów spotkania, przez którą byliście pozbawieni dopingu swoich fanów? Wyglądało na to, że obecność ełkaesiaków w sektorze gości nie spowodowałaby żadnej katastrofy.

W.R.: Ja uważam, że granie w piłkę i bycie zawodnikiem ŁKS-u nie ma sensu bez kibiców. To dzisiejsze widowisko, derby, czyli mecz dwóch drużyn z jednego miasta, było niepełne. To powinno być prawdziwe święto dla zawodników i dla kibiców. Nie rozumiem dlaczego fani jednego zespołu mogli być na stadionie, a drugiego nie. I nie ma dla tej sytuacji dzisiaj żadnego wytłumaczenia.

Granie w piłkę i bycie zawodnikiem ŁKS-u nie ma sensu bez kibiców

Podsumowując – dzisiejszy mecz zakończył się zwycięskim remisem, czy po prostu bez emocji dopisujecie sobie jeden punkt?

W.R.: To jest bardzo, bardzo cenny punkt w kontekście zakończenia tego sezonu.

Rozmawiał: Michał Winciorek